Odwiedza nas 10 os.

Dla Boga nie ma nic niemożliwego

Ksiądz, z którym rozmawiałam o moich duchowych rozterkach, powiedział: „Patrz na znaki, jakie Pan Bóg ci daje”. Na pierwszym postoju poznałam małżeństwo z czwórką dzieci, na kolejnym to samo.

Zawsze z mężem myśleliśmy, żeby mieć trojkę dzieci. Mieliśmy już dwie córki, mijały lata, a ja nie zachodziłam w ciążę. Bardzo pragnęłam synka. Umówiłam się z lekarzem w klinice na kolejne szczegółowe badanie, by znaleźć odpowiedź, dlaczego tak się dzieje. Niestety po wizycie lekarz oświadczył: ,,Nie ma szans na to, żeby pani zaszła w ciążę, a w tym miesiącu na pewno”.

Dla Boga001

Po tej informacji szłam ulicą i bardzo płakałam. Przechodziłam obok kościoła sióstr dominikanek na Gródku w Krakowie i przypomniałam sobie o moich trzech koleżankach, które były w ciąży. Postanowiłam wstąpić do sióstr i złożyć intencje o ich szczęśliwy przebieg ciąż i porodów, ale nagle przyszła mi myśl, żeby również dołączyć siebie, chociaż lekarz twierdził inaczej. Tak też zrobiłam. Druga myśl jaka mi przyszła do głowy to, że ja tu jeszcze przyjdę podziękować. Wieczorem pojechaliśmy na wczasy. Modliłam się do Ojca Świętego, Jana Pawła II. Miesiąc później okazało się, że jestem w ciąży. Zastanawiałam się, jak to możliwe. Jest tylko jeden lekarz, Jezus, powiedział mój mąż. Siostry dominikanki wymodliły to za wstawiennictwem świętego Dominika. Dla mnie to cud. Ciąża przebiegała idealnie, a ja czułam się fantastycznie mimo moich prawie czterdziestu lat. Termin porodu przypadł na drugiego kwietnia. Synek urodził się 31 marca a 2 kwietnia, w dniu rocznicy śmierci Jana Pawła II, poszliśmy do kościoła Franciszkanów w Krakowie z dwudniowym cudem, aby podziękować Ojcu Świętemu za Miłosza Karola.

Chwała Panu!

Dla Boga nie ma nic niemożliwego. Może uczynić cud w każdym momencie życia. Ale to jeszcze nie koniec cudów w naszym życiu. Mając trójkę dzieci i będąc najszczęśliwszą mamą, pojawiło się nagle pragnienie kolejnego dziecka. Miłoszek miał 3 latka, a ja miałam tak ogromne pragnienie kolejnego dziecka. Po ludzku nieco dziwne. Historia się powtórzyła, znów nie mogłam zajść w ciążę. I wtedy z dnia na dzień, za namową ukochanej szwagierki, postanowiłam pójść na pielgrzymkę na Jasną Górę. Niosłam ze sobą dwie intencje: pierwszą, aby Maryja wstawiła się za mną i jeśli taka jest wola Boża, to żeby Bóg dał mi kolejne dziecko oraz drugą ,aby nasze nastoletnie córki poszły również kiedyś na pielgrzymkę. Ksiądz, z którym rozmawiałam o moich duchowych rozterkach, powiedział: „Patrz na znaki, jakie Pan Bóg ci daje”. Na pierwszym postoju poznałam małżeństwo z czwórką dzieci, na kolejnym to samo. Na ostatnim postoju spotkałam małżeństwo, które chciało ugościć pielgrzymów, ale ze względu na to, że żona miała na dniach rodzić zrezygnowali z tego, ale przyszli powitać pielgrzymów w Myszkowie. I ja wtedy podzieliłam się z nimi moją intencją pielgrzymkową, pomimo niemłodego wieku. I wtedy ten młody chłopak mówi: „To super, bo nas jest czwórka rodzeństwa, a na to żona, nas również jest czworo”. To były te znaki. Minęły dwa lata, pragnienie nie ustępowało, a dziecko się nie pojawiało. W lipcu organizowaliśmy z naszą wspólnotą Rio w Częstochowie dla młodzieży i pojechaliśmy z rodziną do służby i pomocy. Tam usłyszałam jedno zdanie, które cały czas brzmiało mi w uszach: „Pan Bóg nie daje pragnień, których nie chciałby zrealizować”.

Ufałam Panu do końca, zgadzając się na jego wolę, wbrew wszystkiemu.

Po kolejnej rozmowie z kapłanem, tym razem w Warszawie na stadionie na spotkaniu z ojcem Johnem Bashoborą, usłyszałam: „Spójrz na Elżbietę, spójrz na Sarę. Pan Bóg jest Bogiem pełnym niespodzianek” Wlał w moje serce nadzieję i radość. Tam też były słowa poznania, że jest tutaj 21 kobiet, które będą cieszyć się narodzinami upragnionych dzieci w najbliższym roku. Tydzień później zaszłam w ciążę. W dniu, w którym odwieźliśmy córki, bo wybierały się na pielgrzymkę na Jasną Górę dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Maryja wysłuchała obu intencji. Siedem lat po Miłoszku urodziłam drugiego synka – Antoniego Franciszka. Drugi prezent i niespodziankę od Pana Boga. Chwała Panu za te wszystkie cuda, które czyni w naszym życiu każdego dnia.

*  *  *

Chcemy Was zaprosić do złożenia świadectwa. Dlaczego? Bo świadectwo jest najskuteczniejszą i najbardziej inspirującą metodą do wzajemnego budowania i inspirowania się w wierze. Dlatego jeśli czujesz, że w Twoim życiu wydarzyło się coś, czego nie powinieneś zachować tylko dla siebie, ale powinieneś się tym z innymi podzielić, to nie zastanawiaj się dłużej, tylko po prostu siadaj i pisz.

Źródło: Publikacja ze strony: www.deon.pl


Lekarze wydali wyrok na nasze dziecko [ŚWIADECTWO]

W czerwcu 2011 roku dowiedziałam się, że po raz drugi zostanę mamą. Cieszyłam się, choć równocześnie „bałam się” kolejnego dziecka, gdyż starszy syn miał dopiero niespełna 1,5 roku.

Wszystko było ok, aż do badania USG w 13 tygodniu ciąży kiedy okazało się, że dziecko ma przezierność karkową 5,4 mm – jest to co prawda tylko czynnik statystyczny, o którym te kilka lat temu wiedziano na pewno mniej niż teraz. Jednak wówczas to był wyrok. Statystycznie nasze dziecko miało umrzeć przed planowanym terminem porodu lub być ciężko chore.

Dla Boga002

Słyszałam różne opinie lekarzy, że dziecko pewnie urodzi się chore albo w ogóle nie urodzi się żywe, że powinnam wykonać amniopunkcję i wiedzieć co jest dziecku (inwazyjne badanie mogące dodatkowo zagrozić życiu dziecka i nie dające pewnej informacji o tym na co dziecko może być chore lub zdrowe – zdarzają się fałszywe dodadnie rozpoznania jak i odwrotnie). Słyszałam też pytanie czy na pewno chce urodzić TO dziecko – chciałam! Chciałam nawet jeśli miałoby mieć zespół Downa, który m.in. podejrzewano – jako jedno z bardziej optymistycznych podejrzeń, czy inną nieuleczalną chorobę. Tymczasem myśl, że mogłabym jeszcze zaszkodzić mojemu dziecku, nawet choremu, ale DZIECKU nie pozwalała mi na wykonanie żadnych kroków mogących zagrozić jego bezpieczeństwu. Wszystkie swoje decyzje konsultowałam z lekarzem prowadzącym ciąże i zawsze pytałam o dobro dziecka. Dzięki Pani doktor miałam rzeczowe informację o stanie dziecka i nigdy nie byłam nakłaniania do wykonywania badań zagrożającym jego życiu i zdrowiu. Były to dla nas z mężem jedne z najtrudniejszych miesięcy w życiu. Każde badanie USG, a było ich wiele, było chwilą grozy, ale i nadziei. Do dnia porodu nie wiedzieliśmy, czy córka będzie zdrowa. Życie i zdrowie naszego dziecka oddaliśmy w opiece Matki Najświętszej i św. Jana Pawła II. Modliliśmy się o cud. 22.01.2012 roku nasza córka Anna Maria urodziła się zdrowa:)

Chwała Panu!

Źródło: Publikacja ze strony: www.deon.pl


Ktoś czeka na nas w niebie

Często zastanawiałam się, dlaczego moje dziecko umarło. Najpierw obwiniałam siebie, że coś źle zrobiłam. Wkurzałam się na Pana Boga, że nie uczynił cudu, że mi je zabrał. Jednak któregoś razu usłyszałam wypowiedź ks. Jana Kaczkowskiego (…) to była odpowiedź, na którą czekałam! Pobraliśmy się z Rafałem po niecałym roku znajomości. Połączyła nas wspólna wyprawa autostopowa do Francji, którą odbywaliśmy w ramach rekolekcji „Piękne Stopy”. To był intensywny czas, ale też niepozwalający na granie, udawanie i nakładanie masek.

Dla Boga003

Tak więc w pierwszym tygodniu znajomości mogliśmy się dowiedzieć o sobie bardzo wiele, bo spędzaliśmy ze sobą 24 godziny na dobę. To pewnie sprawiło, że tak szybko podjęliśmy decyzję o ślubie. Bardzo szybko też poczęło się nasze pierwsze dziecko, a internetowy kalkulator wyznaczył datę porodu na 4 marca. Była radość pomieszana z niepewnością. Zaczęły mi doskwierać mdłości, ale cieszyłam się nimi, bo to były oznaki, że pod moim sercem rozwija się życie. Radosną nowiną podzieliliśmy się z rodziną i przyjaciółmi. Rozpoczęło się odliczanie… Na pierwszej wizycie pani doktor wysłała mnie na USG i kazała dać znak po badaniu. Nie wyczułam w jej głosie niepokoju. Na badanie, gdzie mieliśmy zobaczyć nasze dziecko po raz pierwszy, szłam z wielką ciekawością. Pani ginekolog włączyła aparaturę i w milczeniu długo jeździła głowicą po moim brzuchu. Serce waliło mi jak szalone! Ale słyszałam, że bije tylko moje serce, dziecka nie… Zrobiło mi się ciemno przed oczami, a łzy popłynęły jak szalone. Nie mogłam zrozumieć, co się stało. Owszem, kilka dni wcześniej był straszny upał i miałam po nim gorączkę, ale poza tym nie było żadnych sygnałów czy oznak, że coś jest nie tak. Pani doktor kazała zgłosić się do szpitala. Ja jednak po USG byłam umówiona na kawę z koleżanką, więc poszłam na to spotkanie. Dostałam od niej książkę „Niebo dla średnio zaawansowanych” Szymona Hołowni. Całe spotkanie uśmiechałam się, rozmawiałam, jakby nigdy nic. Gdy szłyśmy już na przystanek tramwajowy – coś we mnie pękło. Musiałam jej powiedzieć, że właśnie straciłam dziecko. I wtedy okazało się, że to spotkanie nie było przypadkowe, że Bóg sam się o mnie zatroszczył. Koleżanka podzieliła się ze mną, że kilka miesięcy temu przeżyła to samo. Wysłuchała mnie i dodała mi otuchy. Znalazłam w niej bratnią duszę. Po spotkaniu wróciłam do domu i zaczęłam się modlić. Nie mogłam uwierzyć, że to koniec. Przecież modliliśmy się o to dziecko w Rzymie, przy grobie św. Jana Pawła II. Przecież jestem zdrowa, nie piję, nie palę, biorę witaminy… Dlaczego?

A może aparatura się popsuła? Może jednak okaże się, że wszystko jest dobrze? Z takimi nadziejami pojechałam do szpitala. Towarzyszyła mi mama, która przyjechała specjalnie z rodzinnego miasta. Mąż był w pracy.

W szpitalu doświadczyłam nieludzkiego traktowania, kompletnego braku zainteresowania mną i życiem, które nosiłam w sobie. W gabinecie przy badaniu było z siedem osób – lekarze i studenci. Nikt nie mówił do mnie. Lekarz dyktował: „Pacjentka lat 29, ciąża pierwsza, tydzień 9. Poronienie niecałkowite, podać leki na wywołanie skurczów. Do łyżeczkowania dnia następnego”. Tak więc dostałam leki na wywołanie skurczów. Po ciężkiej nocy, gdy krew lała się ze mnie strumieniami, przy wschodzącym słońcu urodziłam dwucentymetrowe maleństwo… Widziałam je, jednak go nie dotknęłam – pielęgniarka chwyciła je szczypcami i wrzuciła do słoika. Poczułam się, jakby życie uleciało ze mnie. Zapadłam się w pustkę, nicość, smutek i żal. Pytałam Boga: dlaczego zabrał mi dziecko?

Jednak w tym cierpieniu, gdy mnie samej żyć się nie chciało – powiedziałam Bogu, że oddaję tę sytuację i mój ból w intencji rodziców, którzy chcą dokonać aborcji. To przyniosło mi ukojenie.

Naszemu dziecku nadaliśmy imię Łucja – urodzona o poranku. Swoje imieniny obchodziłaby 4 marca, w dniu urodzin. Po ciężkiej batalii ze szpitalem, żeby otrzymać szczątki dziecka, pochowaliśmy je na cmentarzu, na tzw. „górce aniołków” – u stóp wujka, który przeżył tylko kilka dni. To jest nasze miejsce, gdzie możemy przyjechać, zapalić świeczkę i prosić, by nasze maleństwo wstawiało się za nami. Mamy bowiem ogromną wiarę, że ono jest już u Boga i tam na nas czeka. To pomaga mi złapać dystans w wielu sprawach i uświadomić sobie, dokąd zdążam.

Często zastanawiałam się, dlaczego moje dziecko umarło. Najpierw obwiniałam siebie, że coś źle zrobiłam. Wkurzałam się na Pana Boga, że nie uczynił cudu, że mi je zabrał. Jednak któregoś razu usłyszałam wypowiedź ks. Jana Kaczkowskiego, który tłumaczył, że choroby i przedwczesna śmierć to nie wymysł Pana Boga. On nie siedzi i nie rozdziela ludziom chorób. Te choroby to biologia, zmutowane komórki, błędy genetyczne… To była odpowiedź, na którą czekałam!

Często sobie myślę, że gdyby nie umarło nasze pierwsze dziecko – nie byłoby Sary, naszej dwuletniej już córki. Nie poczęłaby się w tym czasie, nie byłaby taka, jaka jest.

Co ciekawe, urodziła się w dniu, gdy także były imieniny Łucji. Razem z nią jeździmy na cmentarz, modlimy się wspólnie. A każdego dnia, idąc do żłobka, prosimy o wstawiennictwo Łucję. Chcemy, by nasza druga córeczka wiedziała, że ma rodzeństwo, które jest w Niebie.

Wiele razy słyszałam świadectwa ludzi, którzy stracili dzieci: jedno, dwoje, troje, pięcioro… Mówiłam: „Panie Boże, ja umrę, jeśli będę musiała przechodzić przez to jeszcze raz! Nie jestem w stanie takiej sytuacji udźwignąć”. A jednak… Musieliśmy się zmierzyć z tym po raz drugi. Po kilku miesiącach starań o kolejne dziecko, gdy dopadała mnie już frustracja – wreszcie pojawiły się dwie kreski na teście. Pojawił się też strach, czy będzie dobrze, niepewność, ale i przebłysk radości. Data narodzin, ponownie wyliczona w kalkulatorze internetowym, wypadła na 25 grudnia. Powiedziałam sobie: „To znak. Bóg zapragnął tego dziecka”.

Jednak po tygodniu od zrobienia testu, w nocy obudził mnie okropny ból brzucha. Pojawiło się krwawienie. Wiedziałam, że to koniec. Jadąc do szpitala, tym razem nie trzymałam się złudnej nadziei, że nastąpi cud. Modliłam się o siły, modliłam się w intencji rodzin, które myślą o aborcji. Przesiedziałam cztery godziny w poczekalni szpitalnej. Potem przyjęła mnie młoda pani doktor, która otoczyła mnie troską. Mówiła do mnie, była ciepła i wyrozumiała. Dziękowałam Bogu za nią! Oczywiście były łzy i smutek – ale też ufność i przekonanie, że moim zadaniem jest rodzić dzieci dla Nieba. Maleństwu, które odeszło za wcześnie, nadałam imię Jan, czyli łaska.

Jestem teraz mamą trójki dzieci. Dwójka z nich czeka na mnie w Niebie!

* * *

Chcemy Was zaprosić do złożenia świadectwa. Dlaczego? Bo świadectwo jest najskuteczniejszą i najbardziej insprującą metodą do wzajemnego budowania i inspirowania się w wierze. Dlatego jeśli czujesz, że w Twoim życiu wydarzyło się coś, czego nie powinienieś zachować tylko dla siebie, ale powinienieś się tym z innymi podzielić, to nie zastanawiaj się dłużej, tylko po prostu siadaj i pisz.

Źródło: Publikacja ze strony: www.deon.pl

Print Friendly and PDF
2013 - 2017 © ChrystusKrol.Esanok.pl
Realizacja na podstawie materiałów powierzonych: Obsluga-Medialna.pl

Parafia pw. Chrystusa Króla w Sanoku, 38-500 Sanok ul. Jana Pawła II 55